Sobota, sarajewskie lotnisko Butmir. Chmury, deszcz i bośniacka przedsiębiorczość. Na autobus transportujący podróżnych z portu lotniczego do Bentbašy musielibyśmy czekać jeszcze ok. 1,5 godziny. Zgarnia nas Said swoim minivanem, zachęcając, by nie być głupim, tylko zabrać się z nim, za 5 euro od osoby, a on zawiezie nas, gdzie chcemy. W samochodzie posiadającym 9 miejsc jedzie, łącznie z kierowcą, 11 osób. Said zagaduje nas łamanym angielskim, przeklina głupich turystów (zdaje się, że mówi o podróżnych z Rosji), którzy myślą, że wszystko im wolno, prowadzi videorozmowy, głośno się śmieje i sarka od czasu do czasu na sobotnie korki.
Mijamy Dobrinję, Hrasno, przejeżdżamy przez Grbavicę, żeby dostać się w okolicę Skenderiji, a potem już prosto na Bentbašę, wysadzając po drodze część pasażerów. Ulicami jeżdżą dobre samochody. Bloki nadal noszą rany po ostrzałach artyleryjskich i snajperskich popisach, ale trudno mi już dostrzec płyty dyktowe w oknach klatek schodowych, których 7 lat temu było bardzo dużo. Pojawia się nowa zabudowa, pojedyncze domy pysznią się odnowionymi elewacjami. Choć zmiana jest dostrzegalna, to nie jest odczuwalna.
Bentbaša jest tego doskonałym potwierdzeniem. Pada deszcz i nie ma czasu na dokładną wiwisekcję okolicy. Vijećnica stoi, jak stała. Inat kuća również. Odczuwam radość, że znów tu jestem, choć mam wrażenie, jakby rozłąka trwała zaledwie kilka miesięcy i nic szczególnego przez ten czas się nie wydarzyło. Jakby Sarajewo zastygło i nie mogło się zdecydować, czy rozkwitnąć, czy podpisać się pod aktem kapitulacji z powodu pełzającej bezradności.






Życie jak kromka chleba
– Najszczęśliwsi byliśmy w pierwszych 5 latach po wojnie, kiedy podnosiliśmy się ze zniszczeń i z nadzieją patrzyliśmy w przyszłość. Teraz to codzienna walka o przetrwanie. Dzisiaj w Bośni już nie mamy marzeń. – mówi pani pracująca w sarajewskiej księgarni przy ulicy Marszałka Tity. Zresztą cała rozmowa smakuje goryczą, bo poczucie beznadziei wydaje się być powszechne, mimo że stolica Bośni i Hercegowiny jawi się jako dynamiczne miasto rozkwitających biznesów, wzrastających bez wytchnienia apartamentowców i rosnących możliwości rozwoju, szczególnie dla młodych ludzi. Jednak wszystko ma swoją cenę. Dla tych, którzy opiewają Sarajewo jako miasto z duszą, moja rozmówczyni ma jedną odpowiedź. – Pobądź tu trochę, a nie duszę zobaczysz, lecz wszystko to, co jest gdzie indziej.
Trudno powiedzieć, czy te smutne konstatacje odzwierciedlają kolektywną utratę nadziei wśród bośniackiego społeczeństwa. Jednak można pomyśleć, że wielu straciło już jakiekolwiek złudzenia i zaczęło żyć według kodeksu miejskiej dżungli, któremu sprzyjają zjawiska politycznej polaryzacji, rosnącej indywidualizacji czy społecznej atomizacji. Domyślam się, że dla społeczeństwa, w którym figura rodziny zajmuje poczesne miejsce w hierarchii wartości, niekorzystny kierunek ewolucji relacji międzyludzkich, jak również zmiany ról społecznych oraz rodzący się bezlitosny kult pieniądza mogą być traumatyzującym doświadczeniem.
W czym sarajewska księgarka dostrzega źródło zachodzących zmian? Winni są politycy, którzy nie widzą społecznego dobra, tylko każdy ciągnie w swoją stronę. Winna jest pandemia, przez którą ludzie stali się dla siebie obcy i nieważni. Winny jest Zachód, skąd przychodzą zgniłe wzorce zachowań i wydumane potrzeby (to już mówi cicho, czujna, czy aby nie narusza tabu swojego rozmówcy). Winna jest również religijna powierzchowność. Co prawda współcześnie świątynie są pełne ludzi, ale na ogół nie ma w tej obecności krzty wiary. Chodzi o policzenie się, sprawdzenie, kto do danej wspólnoty przynależy i zachowanie pozorów religijności.
Symptomem owej religijności bez treści może być choćby widoczny wzrost liczby kobiet, szczególnie młodych, które noszą tradycyjne muzułmańskie stroje. Czy to jest właśnie to coś, co Tomasz Stawiszyński w jednym ze swoich felietonów, składających się na książkę Ćwiczenia z dysonansu, nazwał tęsknotą za stabilnością? – (…) im bardziej rzeczywistość wymyka się naszym kalkulacjom, tym chętniej lgniemy do tych, którzy obiecują twarde fundamenty, znieruchomienie, pewność. Bośnia i Hercegowina nie tylko nie jest impregnowana na przemiany geopolityczne i społeczne, ale poprzez swoje doświadczenia i poniesione straty jest jeszcze bardziej podatna na ich skutki.
Zresztą to opowiadanie się po stronie pewności i fundamentów spoczywających na niewzruszonych gruntach przynależności widoczne jest również w Mostarze. Choć nikt do siebie nie strzela, handel kwitnie, a perła Hercegowiny niezmiennie przyciąga liczną rzeszę turystów z całego świata, to trwa tam cicha, symboliczna wojna. Kto wrażliwy na szczegóły, szybko powiąże wątki.
Mostar dwóch prędkości
Owe dwie prędkości nie wynikają z tego, że z Sarajewa do Mostaru i z powrotem kursują zaledwie dwa pociągi dziennie. Z perspektywy turysty, który próbuje kupić przez Internet bilet kolejowy na podróż ze stolicy do jednego z najważniejszych miast kraju, takich połączeń po prostu nie ma. Dopiero kiedy wybrać się na dworzec i zapytać o rzeczywisty stan rzeczy, dowiemy się, że owszem, można pojechać malowniczą trasą wzdłuż Neretwy – raz rano i raz po południu.

Podobnie jak w przypadku Sarajewa, również Mostar odwiedziłem 7 lat temu. Wówczas nie miałem okazji zobaczyć chorwackiej strony miasta, więc odkrywanie jej teraz jest dla mnie ważnym i ciekawym doświadczeniem. W centrum Mostaru po stronie boszniackiej nie widać wielu zmian. Te same ruiny, ta sama cisza, ta sama stagnacja. Po dworcu kolejowym hula wiatr. Bilety można kupić tylko w jednym okienku, które służy równocześnie za punkt informacyjny. Choć imponująca bryła budynku oddanego do użytku w 1966 roku mogła wówczas uchodzić za symbol nowoczesności, to współcześnie dworzec roztacza urok podstarzałego łysiejącego lowelasa z zdekompletowanym uzębieniem, który ledwo kryje obfity brzuch pod wyświechtaną koszulką. To nie jest obraz sukcesu, na jaki Mostar zasługuje.
Mieszkamy opodal, w jednej z nielicznych nowych inwestycji mieszkaniowych w centrum miasta po tej stronie rzeki. Choć wypatruję innych objawów przemian, to odnoszę wrażenie, że w boszniackiej części ruch do życia jest czysto iluzoryczny, a ewentualne dowody transformacji zwyczajnie nie rzucają się w oczy.
Zupełnie inne odczucie, choć do pewnego stopnia fałszywe, mam, gdy wkraczam do chorwackiej części Mostaru. Zaczyna się ona na wysokości ronda przy Placu Hiszpańskim, do którego prowadzi m.in. ulica Bulvar, będąca w czasie wojny linią frontu. Choć dziś obie społeczności współżyją pokojowo, to nie da się pozbyć wrażenia, że wspomniany fragment miasta jest symboliczną linią demarkacyjną rozdzielającą dwa zwaśnione światy.

Chorwacka część Mostaru również jest bardzo poraniona, co szczególnie widać przy rondzie znajdującym się w sąsiedztwie Placu Hiszpańskiego. Jednak przemieszczając się po tej stronie miasta, można odnieść wrażenie, że jest się np. w chorwackim Zadarze. Rosnące inwestycje budowlane, zintensyfikowany ruch uliczny, liczne kawiarnie zapełnione gośćmi. Więcej nowych budynków, a te, które zostały zniszczone, powoli są dźwigane z upadku. Moją szczególną uwagę przyciąga Cmentarz Poległych Partyzantów, monitorowany monumentalny spomenik, który swoim ogromem budzi respekt, a stanem głęboki smutek. Miejsce pamięci jest pełne porozbijanych płyt nagrobnych. Podobny przejaw destrukcji widoczny jest tuż przy mostarskim ratuszu. Tu znajduje się zdewastowany pomnik poświęcony członkom Armii Bośni i Hercegowiny biorącym udział w obronie Mostaru. Te ostatnie słowa zapisuję z pewną dozą niepewności, ponieważ nie da się odczytać części napisu. Umarła wojna, niech żyje wojna. Ta tożsamościowa trwa nadal, tylko przeniosła się na inne boisko.
Red Army vs. Ultras
Jedną z najbardziej jaskrawych egzemplifikacji cichej, symbolicznej wojny między Boszniakami i Chorwatami zamieszkującymi miasto pozostaje rywalizacja między miejscowymi drużynami piłkarskimi i stowarzyszeniami kibicowskimi, które je wspierają. Po boszniackiej stronie miasta króluje Red Army 1981 sympatyzująca z Veležem Mostar, a po chorwackiej bezwzględnie dominuje grupa Ultras Mostar dopingująca klub Zrinjski Mostar.
Obie ekipy do nieprzytomności oznaczają przestrzeń swojej supremacji za sprawą zróżnicowanych haseł, graffiti, murali i innych bardziej lub mniej wprawnych malunków. Nie można się opędzić od objawów tych symbolicznych porachunków i jednocześnie dowodów na bezgraniczne oddanie wobec czczonych przez siebie klubów i pośrednio etnicznej przynależności. Nachalna obecność i ostentacja wizualna budzi napięcie i daje do zrozumienia, że podobnie jak w Sarajewie, również w Mostarze chyba nikt nie ma złudzeń co do rzeczywistości, w której żyje.






Trudno nie zorientować się, kto rządzi w danej części miasta, co szczególnie widoczne jest po stronie chorwackiej. Obraz podziału dopełnia dialog gór otaczających Mostar. Po wschodniej stronie, na zboczu wzgórza zwanego Forticą, widnieje napis „BiH, Volimo te” („Kochamy Cię, Bośnio i Hercegowino”), a nad zachodnią częścią miasta, na zboczu Planinicy, dominuje chorwacka szachownica o powierzchni 2000 metrów kwadratowych. Jakby tego było mało, na wzgórzu Hum, również znajdującym się po chorwackiej stronie, został wzniesiony Krzyż Milenijny o wysokości 33 metrów, a najwyższą budowlą w całym mieście i regionie jest… dzwonnica kościoła i klasztoru franciszkanów pw. Świętych Piotra i Pawła, licząca 107 metrów.
Obok pojedynku na symbole kulturowej i etnicznej przynależności w Mostarze pojawiają się też nieśmiałe gesty mające na celu unifikację podzielonej społeczności, jak na przykład sztukowanie ubytków po kulach klockami lego, mural w ruinach Wieży Snajperów z napisem „Svi mi živimo pod istim nebom” [Wszyscy żyjemy pod tym samym niebem], czy też inny mural przedstawiający dwa łuki Starego Mostu, które przypominają wyciągnięte ręce stykające się pięściami na znak przymierza i tworzące w ten sposób zwartą całość. To daje wątłą nadzieję na lepszą, wspólną przyszłość dla wszystkich mieszkańców miasta i regionu. O ile jednak budynki i zabytki da się podnieść z popiołów, o tyle zaufania i relacji międzyludzkich być może nigdy nie uda się odbudować.



Prawdy różnych horyzontów
– Prawda, że Sarajewo się bardzo zmienia? – pyta mnie młoda kobieta z Muzeum Dzieciństwa Czasu Wojny, gdy dowiaduje się, że to nie jest mój pierwszy raz w stolicy Bośni i Hercegowiny. – Prawdę mówiąc, nie bardzo. – odpowiadam, zaskakując swoją rozmówczynię. Chcąc złagodzić swoją bezceremonialność, dorzucam, że owszem, zachodnia część Sarajewa, w kierunku lotniska, kwitnie inwestycjami, ale jeśli chodzi o okolice Baščaršiji oraz silnie zurbanizowanego obszaru te zmiany są relatywnie niewielkie. Oboje mamy nieco niepewne miny po moim sprostowaniu. Pani dorzuca na zgodę. – Tak, tam trwa bum inwestycyjny, który sprawia, że zabudowuje się naturalne korytarze powietrzne Sarajewa. A tych, ze względu na położenie, nie ma za wiele i jest to destrukcyjne dla mieszkańców miasta.
Choć spotykamy się w tej niezręcznej dyplomacji gdzieś po środku, to myślę, że i ona, i ja mamy rację. Z perspektywy młodej kobiety mieszkającej w mieście ery postapokaliptycznej, na oczach której wznoszone są biurowce, apartamentowce, zmianie ulega flota komunikacji miejskiej, pojawiają się coraz lepsze drogi, luksusowe samochody, nowoczesne kawiarnie i restauracje, ekskluzywne kluby i wszystko to, co do niedawna pozostawało całkowicie niedostępne dla przeciętnego mieszkańca Bośni i Hercegowiny – owszem, to musi być milowy krok w rozwoju miasta i lokalnej społeczności.
Dla mnie Sarajewo to wciąż rozstrzelane ulice, to tradycyjnie pyszne jedzenie, kawa z kawałkiem rewelacyjnej baklavy na Kovači, strzelisty Alifakovac i niesamowity widok z miejscowego cmentarza na ruiny Koszarów Jajce i Biała twierdza dominująca nad miastem; odbudowana Vijećnica, wybebeszony Dom Penzionera, poorana kulami i czasem ulica Bistrik, futurystyczna hala na Skenderiji, kompleks sportowy na Koševie, zatłoczona Ferhadija, kwitnące handlem i tragedią targowisko Markale, intrygujący dworzec kolejowy czy ostrzelane mury Grbavicy i Hrasna. To białe połacie cmentarzy, zmniejszająca się, lecz nadal spora grupa żebrzących osób, brak rozkładów jazdy na przystankach tramwajowych i autobusowych, skondensowana samochodoza w najgorszym wydaniu i wiele innych kwestii, których już w tym tekście nie rozwinę.
Każda z tych opowieści, moja i pracowniczki muzeum, jest prawdziwa. I chętnie wierzę, że oba miasta wyobrażone są dla nas źródłem dumy, miłości i kształtujących nas refleksji oraz doświadczeń. Bo choć wszyscy żyjemy pod tym samym niebem, to mamy różne horyzonty, z których na Sarajewo spoglądamy. Jednak w przeciwieństwie do młodzieży, która właśnie uroczyście świętuje w Hotelu Europa zakończenie klas maturalnych, ja w każdej chwili mogę wylogować się z ich intrygującego świata. Młode kobiety, wystylizowane i ubrane w piękne suknie, niczym gwiazdy filmowe i młodzi mężczyźni, dodający animuszu swojej męskości wypalanymi papierosami, oni właśnie żegnają swój czas niewinności i symbolicznie przekraczają próg inicjujący dorosłość. W kraju, którego przyszłość nadal jest trudną do rozwikłania zagadką.
Komentarze