Neum – nadmorski sen Bośni i Hercegowiny

Chcesz zobaczyć Morze Adriatyckie i nadmorskie Neum? Musisz cierpieć. Jednak widoki są warte każdej kropli potu i zawrotu głowy. Każdego zagryzienia wargi, zamknięcia oczu, każdego błagalnego spojrzenia w niebo i przekleństwa, które w czasie tej trasy przechodzą mi przez myśl w ilościach przemysłowych. Warto. Poważnie. Zapraszam na południe Bośni i Hercegowiny.
Zdjęcie główne: Roger Weichert

dzień 6 – 8 | Tak naprawdę wcale cierpieć nie trzeba, za to myśleć już owszem. Wyobraźni też nigdy zbyt wiele. Skąd taka samokrytyka? A stąd, że to na moich barkach spoczywał obowiązek dobrania odpowiedniej trasy. No to dobrałem.

W stronę morza

Po mostarskich przygodach ruszamy na południe. Przed sobą mamy niespełna stukilometrową trasę, która owszem, jest pewną niewiadomą, ale rozmach jej grozy i piękna (głównie grozy, próbuję otumanić się czymkolwiek, bylebym nie widział przepaści, otwartych przestrzeni i morderczych dla samochodów serpentyn). Droga okala Park Krajobrazowy Hutovo Blato i stanie się moim koszmarem, który będzie wracać co jakiś czas w snach i opowiadaniach.

Zanim jednak dostajemy się na ten nieszczęsny drogowy szlak, otrzymujemy szansę od losu w postaci drogi prowadzącej do Dubrownika, ale przez przejście graniczne w miejscowości Metković. Nie decydujemy się, by popłynąć z nurtem pędzących samochodów i zjeżdżamy z trasy. W lewo, delikatnie pod górę. Od samego początku szosa jest dość wąska, ale z każdym kilometrem ubywa jej po kilka centymetrów, nawierzchni ubywa jakości, a mnie przybywa siwych włosów. Znaki drogowe maja status Yeti – wszyscy o nich mówią, nikt nie widział. W końcu jezioro Svitavsko puszcza do nas oko, ale skupienie i strapienie odbiera nam przestrzeń na delektowanie się pięknym widokiem.

Widok na zatokę Klek - Neum
Ta oto niezniszczalna octavia dzielnie przeprowadziła nas przez trudy bośniackich dróg | Fot. Julia Baran

Hutovo Blato – ściana płaczu

Za Bajovci zaczyna się koncert serpentyn. Ostrych, wąskich, na szczęście niezbyt zatłoczonych. Ale wystarczy, że kilka samochodów zbija się w ciasny kordon, gdzie jeden pojazd siedzi na zderzaku drugiemu, i już robi się bardziej niż nieswojo. Jako człowieka wyposażonego w lęk przestrzeni, ekspozycja naszego bytu na drogowe fanaberie miejscowych kierowców i finezję myśli drogowej jeszcze jugosłowiańskich (i być może przedjugosłowiańskich) inżynierów przyprawia mnie o poty, stupor i o balast opadających powiek. Przywołuję go każdorazowo, gdy błędnik szaleje mi jak igła w zepsutym kompasie. No i ta bezradność, bo właściwie to Julia dźwiga na barkach cały stres i odpowiedzialność. Siedzę więc cicho, obserwuję jej skupienie i stanowczość. Wspinamy się żmudnie, a ona całkowicie zanurzona jest w determinacji. Nie przypomina drobnej kobiety, lecz tarana o nadzwyczajnej sile charakteru.

Nie widać końca drogowych zawijasów. Mam wrażenie, że pod górę jedziemy już dobrą godzinę, co zwyczajnie nie jest prawdą, ale moja percepcja czasu uległa całkowitej dezintegracji. W końcu wyniesieni wysoko ponad poziom wspomnianego jeziora jedziemy po płaskim. Wąską drogą, pośród zarośli i bezwładnie rozrzuconych skał. Wstępuje we mnie nadzieja, że najgorsze za nami, że w końcu ta trasa o szerokości półtora pasa łącznie dla obu kierunków dobiega końca i coś lepszego za następny zakrętem na nas czeka.

Tymczasem dojeżdżamy na rozstaj dróg, skręcamy w prawo na Cerovicę. Szlak samochodowy nadal urąga wszelkiej godności wypieszczonych pośladków nawierzchniami unijnych szos. Trasa zaczyna delikatnie opadać, odsłaniając uroki surowej doliny. W okolicach Hutova w ciasny uścisk biorą nas kolejne piekielne serpentyny. Ogarnia mnie frustracja o niebotycznym poziomie, ponieważ czuję się zatrzaśnięty w blaszanym pojeździe, który mknie ku zatraceniu i nijak nie mogę go zatrzymać, choć w tej właśnie chwili bardzo chcę. Dopadamy do Prapratnicy. Wiemy, że to safari pomału się kończy i wypatrujemy Neum. Kilometr czy dwa dalej znak drogowy zaprasza nas do skrętu na drogę prowadzącą bezpośrednio do punktu docelowego.

Szkoda, że nie widzicie mojej reakcji. Gęba rozdziawiona, jakbym zobaczył co najmniej Tinę Turner tańczącą na tęczowych koturnach. Czarna, nowiuteńka, wychuchana, czysta, zadbana szosa. Jakbyśmy wystąpili z piekieł na, co prawda szokująco odchudzoną, autostradę do nieba. Przeżywam nieprawdopodobny wstrząs poznawczy, bo jak do tego doszło – nie wiem. Skąd, po tak katastrofalnej i męczącej drodze, bierze się kilkanaście kilometrów perfekcyjnej ciemnej nawierzchni, po której sunie się jak po stole?

Posezonowa cisza

Wjeżdżamy do cichego, niedużego miasta z krętymi, wąskimi ulicami i sporymi przewyższeniami. Kierowcy mają co kręcić. Po pełnej napięcia podróży docieramy pod nasz adres – to jeden z tych niewielkich kaskadowych domów, które schodzą w stronę morza. Pięknie położony, oferuje niesamowity widok na Adriatyk i kojącą nerwy ciszę. Właścicielka wynajmowanego przez nas przybytku podejmuje kurtuazyjną rozmowę, pyta o drogę i wpada w konsternację, gdy mówimy jej o przejeździe przez Hutovo Blato, bo, jak argumentuje, dużo łatwiej i przyjemniej jest jechać przez Metković w Chorwacji.

Kaskadowa zabudowa Neum
Neum – strome zejście w stronę Morza Adriatyckiego pomiędzy posesjami | Fot. Anna Ledzion

To jedna z rzeczy, którą sprawdzamy od razu po rozgoszczeniu się na włościach. Okazuje się, że ze względu na brak Zielonej karty nie możemy opuszczać terytorium Bośni i Hercegowiny pod groźbą dotkliwej dla nas kary finansowej. Dlatego decydujemy się wracać do Sarajewa inną drogą krajową. Czy lepszą? Ekhm, wrażenia były „niewąskie”.

Neum wita nas naburmuszonym niebem i nie rozpieszcza nadmiernym ciepłem. Ludzi też jak na lekarstwo, ponieważ dotarliśmy nad Adriatyk tuż po zakończeniu sezonu wakacyjnego. Napotykani od czasu do czasu turyści na ogół są… naszymi rodakami. Nie poddajemy się jednak, chcemy posmakować i zobaczyć jak najwięcej, choć odczuwamy trudy przebytej drogi.

Jedyna nadmorska miejscowość w Bośni i Hercegowinie liczy nieco ponad 3 tysiące mieszkańców. Choć nie dysponuje zbyt wieloma atrakcjami kulturalnymi, to wydaje się interesującą wakacyjną alternatywą dla dużo droższych chorwackich kurortów. Miasteczko ma swoje aspiracje, widoczny jest rozwój bazy hotelowej, natomiast skromne zasoby plażowe nie wieszczą mu szczególnie zawrotnej kariery. Nie zmienia to faktu, że warto tu przyjechać i zobaczyć, jak prezentuje się niezbyt rozległa linia brzegowa Bośni i Hercegowiny, licząca według różnych źródeł od 20 do 24 kilometrów. Poza sezonem można tu doskonale wypocząć, bo w zasadzie wszystko, czego potrzeba, jest pod ręką – dobrze wyposażony supermarket, kilka jeszcze otwartych kawiarni, piękne widoki, czyste powietrze i święty spokój. Zobaczycie, za kilka lat to ostatnie dopiero będzie szczególna atrakcją i walutą w jednym!

Stolac – szybka kawa pod platanami | Fot. Julia Baran

Charakterystyczne kamienne plaże, w większości pozbawione leżaków ze względu na zakończenie sezonu turystycznego, nie są najprzyjaźniejszym miejscem do zażywania kąpieli słonecznych. To jednak nie odstrasza moich towarzyszek podróży i kiedy następnego dnia nadmorskie słońce zaczyna lizać bośniackie wybrzeże, biorą ręczniki i ruszają na spotkanie z ostatkami lata.

Czujemy zbliżający się koniec wspólnego wyjazdu. Raptem mija południe, a my pakujemy się do wypożyczonej octavii i jeszcze raz sprawdzamy trasę. Nie spodziewamy się, że będzie gorzej, a tymczasem jest…

…na początku tak samo, bo przecież trzeba się wdrapać tą samą drogą, którą przyjechaliśmy. Za Cerovicą kierujemy się na Stolac, ale jedziemy wolno, bo choć droga jest dwukierunkowa, to miejsca wystarcza na jeden pojazd i trochę. Jednak posiada ona pewną zaletę, mianowicie pozbawiona jest serpentyn, a tego dnia wydaje się również nad wyraz spokojna – napotykamy jedną ciężarówkę, która nas przepuszcza. Kilka lub kilkanaście kilometrów przed Stolacem (trudno mi teraz powiedzieć) wjeżdżamy na przyzwoitą szosę. Choć zatrzymujemy się w tym urokliwym mieście na szybką kawę w cieniu rosłych platanów, to nie zostajemy na dłużej (żałuję). Gnamy w kierunku Mostaru, a stamtąd na sarajewski Butmir, skąd wypożyczyliśmy samochód.

W drodze powrotnej do Sarajewa, która przenika się ze wstęgą szmaragdowej Neretwy | Fot. Anna Ledzion

Niespodzianka na koniec

Zdajemy skodę do wypożyczalni i wydaje się, że pracownik jest bardzo zaskoczony naszą obecnością, gdyż właśnie dotarły do niego informacje, że jedno z pożyczonych aut miało dachowanie pod Dubrownikiem i sądził, że… to akurat my. I śmieszno, i straszno. Jest tak zaaferowany bieżącymi zdarzeniami, że puszcza nam płazem lekkie wgniecenie w drzwiach samochodu i wraca do swoich obowiązków.

Jednak do śmiechu nam nie jest, gdy okazuje się, że autobus do centrum nie ma ochoty przyjechać. Bierzemy więc taksówkę, pan kierowca nie mówi w żadnym języku poza ojczystym, więc rzucamy, że chcemy dojechać na Baščaršiję. Rusza z kopyta. Zaczyna zmierzchać, więc łatwo gubi naszą czujność. Jedziemy jakąś szaloną trasą, opłotkami, wąskimi ulicami, z dziką prędkością i pieśnią przekleństw na ustach taksówkarza. W końcu podwozi nas pod BBI Centar, twierdząc, że to jest właśnie centrum miasta. Nie wykazuje chęci dalszej jazdy, na ile rozumiem, twierdzi, że to blisko miejsca, do którego chcieliśmy dotrzeć. Tymczasem musimy przejść jeszcze ponad półtora kilometra. Zmęczeni trasą, objuczeni bagażami, zziębnięci i głodni gnamy przed siebie jak potępieni.

Tego wieczoru nie ma długich rozmów. Tylko sen i potrzeba przetrawienia bogactwa wrażeń i przygód. Następny dzień jest już tylko formalnością. Droga na lotnisko, odprawa i już. Myślę – to już. To by było na tyle. I kiedy tak odrywamy się od pasa startowego, czuję, jak bardzo zaczyna mi brakować tego kraju, ludzi i atmosfery kulturalnego tygla. To jest mój pierwszy raz w Bośni i Hercegowinie, ale wiem, że to dopiero początek niezwykłej więzi.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.