Już pierwszego dnia w stolicy Bułgarii przyszła do mnie myśl, która nie opuściła mnie aż do teraz: „jaki piękny bałagan”! Może nie brzmi to jak dobra rekomendacja, ale uwierzcie mi, to miasto jest bezpretensjonalne, swojskie, pięknie położone i emanuje niezwykłą energią. I nic nie jest w stanie zepsuć tego wrażenia. Nawet nie zawsze czytelne napisy w cyrylicy.
Eklektyczny system komunikacji miejskiej
Sofię odwiedziłem w pierwszej dekadzie maja. Przyjęła mnie wyjątkowo łaskawie, o tej porze roku bowiem na ogół występują duże opady deszczu. Słoneczna, ciepła pogoda tylko czasami srożyła się i wybuchała gwałtownymi, obfitymi, lecz krótkotrwałymi opadami lub cholerycznymi burzami. Ale i te doznania pozwoliły mi spojrzeć na miasto oczami kałuż i parującej atmosfery wytwarzanej przez gęstą zabudowę.
Na zwiedzanie Sofii przeznaczyłem 6 dni. Nie zobaczyłem całej stolicy i nie wierzę, by w takim czasie można było komfortowo i rzetelnie zapoznać się z miastem oraz jego atrakcjami. Szczególnie wtedy, gdy bazuje się na pieszych zasobach tudzież komunikacji miejskiej. Zresztą zatrzymajmy się przy niej na chwilę. Sofia dysponuje 4 liniami metra, w tym jedną [linia żółta], która łączy lotnisko im. Vasila Levskiego z centrum stolicy, a dalej prowadzi do północno-zachodniej części miasta.

Metro obejmuje swoim zasięgiem znaczny obszar Sofii, a tam, gdzie nie dociera, mieszkańcy i turyści mogą dojechać autobusami, trolejbusami lub bogatą paletą modelową tramwajów, w której znajduje się m.in. polska PESA, czeska Tatra oraz ryczące i wzbudzające sympatie Schindler Waggon AG rodem z Bazylei. Brzmi obiecująco, ale kiedy przychodzi do kupowania biletów, do beczki miodu trafia łyżka dziegciu.
System biletowy najprawdopodobniej nie będzie przejrzysty dla turystów, którzy nie znają cyrylicy i przyjeżdżają do Sofii na kilka dni. Najkorzystniejszą opcją wydaje się całodniowa karta, która kosztuje 4 lewy i wydawana jest w formie papierowej. Bez względu na fakt, jak często zmieniacie środek transportu, za każdym razem po wejściu do pojazdu musicie zbliżyć do czytnika znajdujący się na niej kod QR. Inaczej możecie narazić się na mandat. Sofia ma dwa rozwiązania dotyczące całodniowej karty, co przysparza nieco problemów w zrozumieniu przyjętej idei. Wydaje się, że karta kosztująca 4 lewy obowiązuje do północy w dniu, kiedy została odbita po raz pierwszy, tymczasem karta za 6 lewów najpewniej oznacza możliwość korzystania z biletu przez 24 godziny od momentu pierwszego skanowania kodu QR. Zresztą możecie spróbować rozstrzygnąć wątpliwość, zaglądając na stronę sofijskiej komunikacji publicznej. Na tym samym portalu, lecz w innej zakładce, znajdziecie informacje o przystankach, rozkłady jazdy poszczególnych linii oraz mapę pozwalającą wygenerować trasę łączącą wybrane punkty w stolicy. Jeśli chcecie podróżować po mieście transportem publicznym dłużej niż jeden dzień, możecie wybrać bilet 72-godzinny za 15 lewów. Ceny z pewnością ulegną zmianie wraz z przyjęciem przez Bułgarię euro, które planowane jest na styczeń 2026 roku.
Lepiej na nogach
Dlaczego? Bo większość sofijskich atrakcji zlokalizowanych jest w centrum miasta, którego zwiedzanie można rozłożyć na kilka dni. Dzięki temu lepiej je poznacie, zaangażujecie się w życie jego mieszkańców i poczujecie się jego częścią. Za kierownicą samochodu utkniecie w niekończących się korkach. Możliwe również, że osiwiejecie. Bo jeśli myślicie, że w Polsce kierowcy lubią jeździć po bandzie, to jesteście w błędzie. Po trzecie, wszystko co w tym mieście jest najlepsze, zwyczajnie Was ominie. Samochód sprawdzi się w przypadku, gdy zechcecie zobaczyć atrakcje zlokalizowane w okolicach miasta, np. Wodospad Bojański lub Kosteński, Park Narodowy Witosza albo centrum turystyczne Aleko. Ja postawiłem tym razem na ścisłe miasto. W Sofii nie uświadczycie firm przewozowych typu Uber czy Bolt. Możecie za to skorzystać z taksówek, aczkolwiek jako obcokrajowcy najpewniej zapłacicie więcej niż miejscowi.
Dlaczego warto?
Sofia pełna jest zabytków godnych uwagi. Nie chcę jednak narzucać Wam określonej trasy, dlatego zanim opowiem nieco o tym, co zwróciło moją uwagę, zaproszę Was na stronę Visit Sofia, gdzie znajdziecie komplet informacji w języku angielskim na temat miejsc wartych zobaczenia. Natomiast chętnie podam kilka argumentów, dla których warto do Sofii zawitać.
Zieleń. Obok kulturowego bogactwa i architektury uważam, że przyroda jest jednym z największych atutów stolicy Bułgarii. Dużą część miasta stanowią parki, które animują jego przestrzeń, wprowadzając spokój, wytchnienie i przestrzeń spotkań dla mieszkańców i odwiedzających. Dlatego weźcie ze sobą dobre buty, które pozwolą Wam wygodnie przemierzyć zielone przestrzenie Sofii, począwszy od tych największych, jak np. Park Południowy czy Zachodni, przez Borisovą Gradinę, gdzie znajdziecie m.in. piłkarski Stadion Narodowy im. Vasila Levskiego oraz nowy stadion CSKA Sofia (w trakcie budowy), po Park Zaimova czy Doktorską Gradinę.
Miejsca pamięci. W Sofii znajdziecie je wszędzie. W parkach, na placach, na ulicach. Pomniki utrwalające pamięć bohaterów, ważnych bitew i symboli narodowych stanowią nieodzowny element tkanki miejskiej. O tym, że pamięć nie tylko w tym mieście, ale i w całym kraju ma wartość nadrzędną, niech świadczą choćby (na ogół) kamienne tabliczki znajdujące się przy wejściach do kamienic, które upamiętniają niegdyś żyjące tam osoby. Nie jest to nam obcy sposób uczczenia czyjeś pamięci, ale w Sofii jego częstotliwość napawa zdumieniem.

Zabytki i turystyczne atrakcje. Nie będę oryginalny. Sobór św. Aleksandra Newskiego to niesamowity obiekt sakralny zbudowany w stylu neobizantyjskim, który robi nieziemskie wrażenie nie tylko z zewnątrz, ale również wewnątrz. Imponujące zdobienia, niesamowita akustyka, monumentalny żyrandol i kunsztowne malowidła z definicji mają napełniać odwiedzających respektem i zadumą. Niestety dla części wizytujących ważniejsze było popisywanie się przed telefonem i zdobywanie sławy w Internecie, za co pilnujący obiekt ludzie bez żalu wypraszali za ogromne, ciężkie drzwi cerkwi.
Stąd najlepiej rozpocząć zwiedzanie miasta, bo plac, na którym znajduje się świątynia, otwiera przestrzeń, w której zlokalizowane są m.in. Pomnik Nieznanego Żołnierza i Cerkiew Mądrości Bożej, Cerkiew Św. Mikołaja Cudotwórcy czy Narodowa Galeria Sztuki. Dalej czeka na Was „trójkąt władzy”, w skład którego wchodzą ogromne gmachy instytucji publicznych, w tym budynek Zgromadzenia Narodowego czy Pałac Prezydencki. Warto znaleźć chwilę, aby wejść na dziedziniec Pałacu Prezydenckiego, gdzie znajduje się zabytkowa cerkiew św. Jerzego – najstarszy budynek w mieście, położony wśród pozostałości po antycznym mieście Serdika, które dzisiaj znamy pod nazwą Sofia.






Pozostałości starożytnego miasta, pokryte obecnie kopulastym zadaszeniem, zostały odkryte podczas budowy linii metra w latach 2010-2012. Dzięki wykopaliskom archeologicznym, trwającym 5 lat i kosztującym 15 milionów lewów, rzymskie ruiny stały się częścią stacji metra, codziennie przypominając mijającym je ludziom o niezwykłej historii miasta i jego antycznych korzeniach.
Nad kompleksem archeologicznym góruje pomnik patronki miasta – św. Zofii, która zajęła miejsce… Lenina. Wystarczy wyjść na powierzchnię, a zobaczycie charakterystyczny kształt katedralnego chramu Sveta Nedela oraz plac o tej samej nazwie, który otwiera widok na tętniący życiem, skąpany w kwitnących kasztanowcach bulwar Witosza, a w perspektywie na Narodowy Pałac Kultury oraz imponujący masyw górski Witosza, którego najwyższy szczyt – Czarny Wierch – mierzy 2290 m.n.p.m.
Przemierzając centrum, z pewnością natkniecie się na symboliczną dla Sofii żółtą kostkę brukową, która jest zarówno przedmiotem dumy, jak i źródłem kłopotów dla mieszkańców. Po deszczu staje się bowiem niezwykle śliska, a koszty jej konserwacji są wysokie. Pokrywa wiele stołecznych placów i centralnych ulic, a możecie ją spotkać m.in. nieopodal Teatru Narodowego „Iwan Wazow”, który wraz z zadbanym parkiem i efektowną fontanną stanowi jedno z chętniej odwiedzanych miejsc przez mieszkańców stolicy.

Ponadmiarowość
Sofia kojarzy mi się z miastem młodych ludzi. Jednak nie wynika to z nadzwyczajnego poziomu dzietności sofijczyków czy w ogóle Bułgarów. Prognozy demograficzne dla Bułgarii nie są łaskawe. Według serwisu worldometer.info w 2022 roku liczba ludności kraju wyniosła 6 825 864, ale już w 2050 roku spadnie do zaledwie 5 402 217. Zważywszy, że według Narodowego Instytutu Statycznego Bułgarii w 2022 roku Sofię zamieszkiwało 1 221 172 osób, to stolica jest domem dla około 18 procent Bułgarów! A ponieważ miasto stołeczne to prawdziwy magnes na młodych, spragnionych możliwości ludzi, to można spodziewać się dalszego drenażu zasobów ludzkich innych ośrodków miejskich i wiejskich w Bułgarii.
Wydaje się, że jest to proces nie do zatrzymania. Sofia to miasto nieustannych konfrontacji biedy i bogactwa, szarzyzny i kolorów, tradycji i nowoczesności, ambicji i abnegacji. Tych opozycji można by przytoczyć więcej, natomiast stanowią one niezwykłą fuzję rozmaitych cech, które sprzyjają ekscytacji, zdobywaniu i nadziei na wielkie rzeczy. Wyrazem tego niech będzie taki obrazek z dnia świętującej Sofii:
6 maja 2025, ulica Oborishte
Święto narodowe Bułgarii – Dzień św. Jerzego „Gergiowden” i Armii Bułgarskiej. Bary i restauracje tętnią życiem, trudno znaleźć wolne miejsce. Przez szczelnie zaparkowaną po obydwu stronach ulicę leniwie przedzierają się samochody, nierzadko bardzo luksusowe (np. rolls-royce, bentley, aston martin, maserati, porsche, lamborghini etc.). Zgiełk, gwar, ciepłe powietrze, strzępy zapachu wilgoci i zuchwałe gołębie, które próbują swojego szczęścia, przysiadając na oparciach kawiarnianych krzeseł, zajętych przez pojedyncze kurtki, torebki i torby. Bo w święto (prawie) wszystko jest otwarte, tylko jakby dwa razy bardziej, ze względu na strumień osób przetaczających się chodnikami.
Elegancko ubrani ludzie. Panie z małymi pieskami na rękach. Aspiracje lewitują na poziomie pierwszego piętra, przeciskając się uprzednio pomiędzy otwartymi kubłami na śmieci, potykając się o chorobliwie nierówne i dziurawe chodniki i odbijając się od wymizerowanych kamienic, które niezłomnie próbują konkurować z nowobogackimi apartamentowcami. Wszystko pulsuje, trzeszczy apetytem na życie, niecierpliwością zdobywania. Ktoś się śmieje, zaraz trąbi i wyzywa. Bułgarzy świętują, a Sofia kipi energią składającą przybyłym obietnicę prosperity ponad swoje możliwości.
Wszystko, wszędzie, naraz
To, że jest ona ponad możliwości, widać na każdym kroku. Począwszy od stanu zabytków i niektórych pomników, po zwykłe budynki mieszkalne. Inaczej rzecz ujmując, fragmentami to jest jeden wielki apokaliptyczny bałagan. Ale za to jaki ujmujący! Odpowiedzialna jest za to historyczna stratyfikacja architektoniczna Sofii, pamiętająca m.in. czasy starożytności, nosząca piętno osmańskie, a także dumnie prezentująca owoce lokalnego modernizmu czy najświeższe wspomnienia epoki komunizmu oraz niezgrabnej współczesności. Amalgamat stylów doprawiony jest odważnymi egzemplifikacjami street artu i graffiti.
Przekonałem się o tym, biorąc udział w wycieczce śladami sofijskiej sztuki ulicznej, o której można poczytać na stronie Sofia Graffiti Tour. Georgi, przewodnik wycieczki typu „free tour”, nie tylko opowiadał o twórcach ściennych malowideł i ich pracach, ale również o sztuce samej w sobie, przeplatając to wszystko migawkami z historii oraz współczesności bułgarskiej stolicy. Taką wycieczkę można zarezerwować np. za pomocą aplikacji GuruWalk.






Poza centrum Sofia traci na swojej inspirującej sile. Nieważne, czy zmierzacie na południe miasta samochodem, czy tramwajem (polecam przejechać się trasą przez Borisovą Gradinę, zahaczając o leśny przystanek Vishneva), możecie mieć pewność, że zbliżacie się do ucieleśnienia architektonicznej kakofonii, którą dobrze znamy z Polski. Chociaż momentami wydaje się ona być jeszcze bardziej wyrafinowana w swojej ordynarnej formie i beztrosce. I nie mniej zakorkowana.
Sofijska Witosza to niespełniona obietnica dzielnicy obfitującej w wygodne, nowoczesne mieszkania i funkcjonalną przestrzeń biurową. Zamiast tego, mieszkańcy dostali gęsto utkany architektoniczny skandal podsycany głodem sukcesu i estetycznego rozedrgania. Piękne góry przesłonięte paskudnymi budynkami biurowymi, kostropatymi apartamentowcami w złym guście i o niepewnej jakości. Zabudowa bez polotu i realizowana bez zastosowania podstawowych zasad BHP – budowlańcy chodzą po placach budowy, również na wysokości, bez zabezpieczeń i kasków. Koszmarne, bałaganiarskie i napuszone. Podskakujące pojedynczymi elementami pod historyczną architekturę i jej zdobienia. Drogo, z aspiracjami i ze zmarnowaną szansą, ponieważ otoczenie Witoszy jest niezwykle malownicze. Ale nowi mieszkańcy dzielnicy go nie uświadczą w nadmiarze, bo ściana sąsiedniego budynku, oddalona o zaledwie kilka metrów, przysłania cały luksus obcowania ze spektakularną naturą południowych rubieży miasta.
Gradient dostatku
W takim razie może warto jechać do północnej części Sofii? Nie mam jednoznacznej odpowiedzi, dotarłem bowiem zaledwie na północny skraj centrum. Natomiast uderzający był fakt, jak stopniowo szybko stolica biednieje, kurczy się w swojej różnorodności i ekspresji. Przyjmuję, że Most Lwów to niepisana granica, gdzie kończy się Sofia dostatku, braku obaw i historii sukcesu. Kilkaset metrów na północ od wspomnianej atrakcji turystycznej zlokalizowany jest dworzec kolejowy i autobusowy. Jednak nie zdecydowałem się na głębsze rozpoznanie tego obszaru. Z pobieżnych obserwacji wynurza się tu inny świat, który pewnie jeszcze mi przyjdzie poznać przy kolejnych wypadach do Sofii.
Opodal Mostu Lwów znajduje się Żenski Pazar, miejski targ, na którym można znaleźć mnóstwo świeżych warzyw, owoców i lokalnych wyrobów, a także rękodzieło. Bazar jest jedną z ważniejszych atrakcji turystycznych, które warto odwiedzić, będąc w Sofii. A jeśli tam dotrzecie, zajdźcie do sąsiadującej z targiem Cerkwi Cyryla i Metodego, gdzie znajdziecie m.in. imponujący ikonostas i wspaniale zachowane wnętrze. Zresztą różnorodność religijna Sofii jest niesamowita. Kawałek dalej zlokalizowana jest największa na Bałkanach synagoga, którą od jedynego działającego w mieście meczetu Bania Baszi Dżamija oddziela pięknie odnowiony gmach Głównej Hali Targowej – historycznego targu miejskiego. Mało? To mam dla Was kilka rekomendacji gastronomiczno-pamiątkarskich.

Ukryte konfitury
Miałem nadzieję, że sofijskie restauracje chętniej będą eksponować zalety miejscowej kuchni. Tymczasem menu wielu lokali gastronomicznych to intensywne podążanie za zwesternizowanymi preferencjami kulinarnymi. Relatywnie mało jest w tym wszystkim tradycyjnych bułgarskich smaków. Myślę, że zdecydowanie więcej szans ku temu, by ich zakosztować, nadarza się poza granicami miasta stołecznego, gdzie życie wygląda i płynie zupełnie inaczej.
Jest jednak kilka miejsc, które z czystym sumieniem mogę polecić, nawet jeśli nie oferują lokalnych pyszności. Zacznę od smacznego i przystępnego cenowo Electro Camel w centrum miasta, który proponuje m.in. różnego rodzaju pity, hummus, sałatki, bowle i desery. Wszystko świeże, dobre i przygotowywane na miejscu. Do tego charakterystyczna muzyka electro i ekstrawagancki wystrój wnętrz. Z kolei wyśmienitą kawę wypijecie w doskonałej butikowej kawiarni Story Cups Specialty Coffee. Znają się na niej jak mało kto i oferują do tego fantastyczne słodycze. Jeśli będziecie chcieli więcej, zajrzyjcie na ulice San Stefano oraz Szipkę, gdzie kawy, lodów, wypieków czy tradycyjnej banicy jest pod dostatkiem. Natomiast największym moim odkryciem jest piekarnia Hlebar, która również pełni rolę sklepu z ekologicznymi produktami oraz sensacyjnie dobrej kawiarnio-restauracji.

Żeby jednak nie było, że jedynie do żołądka apeluję, serdecznie zachęcam do odbycia wyprawy na ulicę cara Sziszmana, szczególnie od strony monumentalnego gmachu Uniwersytetu Sofijskiego im. św. Klemensa z Ochrydy. Czekają tam na Was kolorowe kamienice, kuszące kawiarnie, wciągające wystawami księgarnie i sklepy z pamiątkami. A skoro o nich mowa, to właśnie na wspomnianej ulicy znajduje się kapitalny Elephant Bookstore, gdzie można nabyć świetne upominki i gadżety związane zarówno z Sofią i Bułgarią, jak i współczesną pop-kulturą. Wszystko (no, prawie) w języku angielskim, włącznie z sympatyczną obsługą. Na dodatek, kiedy wyjdziecie z księgarni, po lewej stronie objawi się Wam architektoniczny i kulturalny bonus w postaci imponującej Cerkwi Świętych Siedmoczislenników.
Sofia daje się więcej niż lubić
To właśnie w Elephant Bookstore wpadłem na książkę Hansa Wissemy Why I love Bulgaria. Holendra, który odwiedził Bułgarię w 1985 roku, a teraz w niej mieszka. Nie dziwię się tej miłości, bo Sofia (choć chętnie rozciągnę to odczucie na cały kraj), to wyjątkowa przygoda, do której chce się wracać. Miasto pełne kolorytu, pięknej przyrody i historycznych artefaktów. Dodatkowo w sezonie wiosenno-letnim sprytnie zarzuca przynętę, by do niego wrócić i zobaczyć jego zimową twarz. Szczególnie że na zboczach Witoszy znajdują się 22 km tras narciarskich o zróżnicowanym stopniu trudności. Czy to brzmi jak zachęta? Mam nadzieję, że tak!
Komentarze