Czy ludzie potrafią rozmawiać o wojnie i przemocy, która jest jej udziałem? Jak to wygląda z Twojej perspektywy?
Agnieszka Frączek: To bardzo szerokie pytanie, ale spróbuję odpowiedzieć w zgodzie z tym, jak to czuję. Wszystko zależy od tego, o jakiej wojnie i o jakiej przemocy mówimy. Od czasów zakończenia drugiej wojny światowej nie mieliśmy w Polsce do czynienia z wojną rozumianą jako czynne działania zbrojne, które byłyby odczuwane przez całe społeczeństwo. Dopiero po wybuchu wojny w Ukrainie w ogóle zaczęliśmy na ten temat rozmawiać. Zaczęliśmy przeżywać ją jako rzecz, która może się wydarzyć. Czas „pomiędzy” rozpatrywaliśmy przede wszystkim w kategoriach pokoju, choć ani w Europie, ani tym bardziej na świecie ten okres nie może być rozpatrywany jako pokojowy. Zanim Rosja napadła na Ukrainę, najbliżej Polski tocząca się wojna miała miejsce na ziemiach byłej Jugosławii. A więc w czasach, gdy czerpaliśmy informacje z telewizyjnych i radiowych serwisów informacyjnych lub z gazet. Tymczasem współcześnie kontakt z wojną ma wymiar bardzo osobistego i bezpośredniego doświadczenia. Kiedykolwiek nie zajrzymy do głównych portali internetowych, zawsze będą czekać na nas wiadomości z wojny lub o wojnie. Innymi słowy, tak, my rozmawiamy o wojnie, ale towarzyszą temu różne narracje i różne sposoby tej rozmowy.
Możesz rozwinąć tę myśl?
A.F.: Mam wrażenie, że dyskutujemy o wojnie, zadając pytania, czy rozleje się ona na Europę, czy przyjdzie do Polski, czy dojdzie do konfrontacji Rosji z NATO. Atmosfera niepokoju podsycana jest przez sprzeczne i skrajne komunikaty. Dowiadujemy się, że Rosja jest śmiertelnym zagrożeniem dla naszego bezpieczeństwa, a za chwilę czytamy, że ta sama Rosja jeszcze nigdy nie była tak słaba. Po czym znów mierzymy się z informacją o tym, że to Putin będzie dyktować warunki potencjalnego rozejmu. Jeżeli odbiorcy tych na wskroś dezorientujących informacji nie posiadają zniuansowanej wiedzy, która pozwoliłaby im rozeznać się w sytuacji i krytycznie podejść do zatomizowanego przekazu, to nie mają się na czym oprzeć. Nie zyskują żadnego punktu odniesienia.
Czyli można powiedzieć, że rozmawiamy o wojnie, choć sprawia nam to trudność, bo nie mamy do tego odpowiednich narzędzi albo mamy ich tak wiele, że nie potrafimy znaleźć tych, które dla nas są odpowiednie.
A.F. : Tak. I w tym miejscu warto się zastanowić, co rozumiemy poprzez rozmawianie o wojnie. Żywo dyskutujemy o tym, co dzieje się na Bliskim Wschodzie, o konflikcie izraelsko-palestyńskim, o tym, co każdego dnia przeżywa ukraińskie społeczeństwo i o przemocy, do której tam dochodzi. Ale wszystko to odbywa się z pozycji konsumentów komunikatów medialnych. Owszem, większa część z nas empatyzuje z osobami dotkniętymi okrucieństwem wojny. Przerażeni jesteśmy zbrodnią w Buczy, tak jak kiedyś byliśmy przerażeni masakrą w Srebrenicy, ale na pierwszy plan wysuwa się lęk o to, czy ta wojna przyjdzie do nas. Ponadto upływ czasu spowodował, że oswoiliśmy wojnę i ponieważ część terenów Ukrainy wydaje się nam zdatna do zamieszkania, chętnie widzielibyśmy naszych sąsiadów z powrotem w ich kraju. Tylko dokąd mają iść, gdy na ich kraj nieustannie spadają pociski?
Z tego, co mówisz, wydaje się, że jako odbiorcy i konsumenci informacji, mówimy oraz myślimy o wojnie i przemocy wojennej z poziomu lęku, ale nie rozmawiamy na ten temat merytorycznie. Wygaszamy w naszej percepcji lęk osób uchodźczych, przenosząc go na pole własnych emocji i nie wypracowując jednocześnie żadnego pogłębionego modelu rozmawiania o przemocy czy wojnie.
A.F.: Takie mam wrażenie. Właściwie ja tu merytoryki nie dostrzegam. Biorąc pod uwagę, w jaki sposób o wojnie i przemocy informują media, trudno jest ustalić, co jest wrażeniem, a co faktem. Spadła mi wiara w jakość i rzetelność przekazów medialnych, które chętnie budowane są w oparciu o straszenie i/lub manipulację.
Dla mnie nie tylko rodzaj czy forma przekazu jest dalece niewystarczająca, ale również język, jakim media się posługują w kontekście osób, które wspomnianej przemocy doświadczają. Mówiąc i pisząc o nich „ofiary”, odbierają im sprawczość i umniejszają ich podmiotowość. Jak powinniśmy o takich osobach mówić?
A.F.: Co byś powiedział na takie słowo jak przetrwańcy i przetrwanki?
Właśnie szukam tym pytaniem języka, który pozwoli adekwatnie nazwać status tych osób.
A.F.: Poruszasz ważną kwestię, jak rozmawiać o osobach, które doświadczyły wojny. Bo nie przestajemy przecież rozmawiać o wojnie, kiedy ta dobiega końca. Myślę, że współcześnie, posiadając tak szeroką wiedzę na temat skutków, jakie wywołuje doświadczenie wojny, będziemy długo o niej mówić. Nie dlatego, by się retraumatyzować, ale właśnie dlatego, by ta trauma nie pozostawała w ludziach. Bo traumę można leczyć poprzez uwalnianie jej, przez mówienie i nazywanie. Kiedy więc słyszę słowo przetrwańcy, będące odpowiednikiem angielskiego słowa „survivors”, to mam na myśli osoby, które tych historii doświadczyły. To określenie nie zabiera im podmiotowości. Tymczasem gdy myślę o ofiarach, w tym ujęciu, w jakim używamy go w języku polskim, to odczuwam w tym określeniu bardzo mało sprawczości. Zawarta w nim jest pewna skończoność. Jeśli weźmiesz pod uwagę osoby, które przeżyły hekatombę drugiej wojny światowej, a dzisiaj mają ponad 90 lat, czyli na przykład były aktywne zawodowo, założyły rodzinę, żyjąc jednocześnie z doświadczeniem przemocy wojennej i jej tajemnicą, to określenie „ofiara” do takich osób zwyczajnie nie pasuje. To jest ktoś, kto przeżył pomimo tego, co go lub ją spotkało.
W ogóle od strony języka to jest coś, czego ludzie po II wojnie światowej nie rozpatrywali, rozmawiając o doświadczeniach wojennych, ponieważ nie dysponowali taką świadomością języka, jaką mamy dziś. Słowo „ofiara” używamy niejako z rozpędu. Choćby z tego względu, że w ten sposób byliśmy uczeni historii, w której występują zwycięzcy i przegrani, zwycięzcy i ofiary. Jednocześnie chciałabym zwrócić uwagę na drugi aspekt, który wiąże się ze słowem „ofiara”, a mianowicie adekwatności tego wyrażenia. Ponieważ używamy go w rozmaitych sytuacjach, np. mówiąc, że ktoś padł ofiarą oszustwa internetowego, które nijak nie da się zestawić z byciem „ofiarą” gwałtu wojennego. To jest zupełnie nieadekwatne doświadczenie. Zdecydowanie bardziej traumatyzujące. Przed nami intensywna praca nad tym, jak rozmawiać o wojnie i jej skutkach.
Idźmy dalej. Załóżmy, że w kraju wybucha wojna, lecz działania wojenne odbywają się wiele kilometrów od naszego miejsca zamieszkania. Co wówczas dzieje się z psychiką człowieka i co się dla niego zmienia, gdy z obserwatora wydarzeń staje się ich uczestnikiem?
A.F.: Moment, w którym człowiek uświadamia sobie, że na terenie, na którym mieszka, choćby w pewnym oddaleniu, toczy się wojna, jest równoznaczny z zatrzymaniem się całego dotychczasowego porządku życia i świata, jaki znał. To jest moment, w którym poczucie zagrożenie wzrasta najczęściej do takiego poziomu, który trudno jest w sobie pomieścić i przybiera formę nieznośnego napięcia. Może ono na przykład przejawiać się w postaci wysokiej wrażliwości na dźwięki, szczególnie te niespodziewane, nawet wtedy, gdy dotychczas stanowiły część jego codzienności.
W przypadku Polski nie bez znaczenia jest też historyczne doświadczenie. Kiedy agresor jest nam znany, ponieważ pozostaje częścią naszego negatywnego historycznego doświadczenia, poziom lęku wśród osób przyglądających się i przeżywających w zapośredniczony sposób grozę wojny toczącej się w sąsiednim kraju, może powodować doświadczenie traumy. Nawet jeśli w bezpośrednim otoczeniu nie ma żadnych symptomów wojny lub przygotowań do niej.
Z kolei kiedy zniszczeniu ulega dom, bliscy odnoszą rany lub umierają w wyniku działań wojennych, kiedy w swojej fizyczności człowiek odczuwa wszechogarniającą bezwładność, bezradność, wówczas można myśleć o sytuacji, w której jednostka zostaje pozbawiona, niekiedy bezpowrotnie, fundamentów poczucia bezpieczeństwa. Wszystko, co człowiek zna, całe środowisko, w którym żyje, pracuje, odpoczywa, z którym wiążą go określone wspomnienia i które uchodziło za bezpieczny mikroświat, zostaje zakwestionowane.
Czy po zakończeniu konfliktu i zaprzestaniu przemocy wojennej da się odbudować taki mikroświat, a osoby z doświadczeniem wojny są jeszcze w stanie poczuć się bezpieczne?
A.F.: W wyniku pracy wokół doświadczonej traumy tak, choć jest to uzależnione od wielu czynników i dlatego ważne, aby taką pracę prowadzili specjaliści od leczenia traumy. Ale w przeszłości, nasi pradziadkowie i dziadkowie, którzy przeżyli wojny światowe, w ogóle nie słyszeli o pomocy psychologicznej, a mimo to przetrwali. Co prawda ich trauma stała się traumą ich rodzin. Trauma minionych generacji stała się traumą narodową, o czym bardzo ciekawie pisze Michał Bilewicz w książce „Traumaland”. Oni tej traumy nie przepracowali, lecz ją w sobie zostawili, a mimo to stworzyli sobie ten mikroświat. Innymi słowy, myślę, że istnieje możliwość odbudowania wspomnianego mikroświata, ale nie mam odwagi powiedzieć, że bez pracy wokół tej traumy, jest możliwe życie w pełni, w kontakcie ze wszystkim, czym człowiek dysponuje i posiada, w otwartości, autentyczności, bo zawsze będzie mu towarzyszyć jakaś forma cienia lub mroku, która będzie je przysłaniać.
Zwróć uwagę, że kiedy myślimy o polskim doświadczeniu wojny, to obok domów, w których o wojnie się mówiło, były takie, w których się o niej milczało. To są nieopracowane, niedotknięte rzeczy, które w ludziach pozostały. Tym bardziej że zaraz po wojnie weszliśmy w ustrój komunistyczny, w prześladowania ze strony UB, w związku z czym okoliczności nie sprzyjały temu, by rzetelnie zająć się doznanymi cierpieniami.
Trauma wojenna wynika nie tylko z doświadczania wszechobecnej śmierci, zniszczeń, deportacji, tortur czy prześladowań. W katalogu zbrodni wojennych znajduje się również gwałt. W jaki sposób zmienia on życie osób, którzy przetrwały ten barbarzyński akt?
A.F.: Osobie, która doświadczyła gwałtu, odebrana jest wszelka podmiotowość. Gwałt jako zbrodnia wojenna jest najmniej rozpoznanym, omówionym i uświadomionym czynem, zbrodnią, której dopuszczają się wszystkie strony konfliktu. Do tej pory mówiliśmy o śmierci na froncie, uczyliśmy się o śmierci w obozach koncentracyjnych, w wyniku egzekucji i w wielu innych okolicznościach. Tymczasem temat gwałtu, owszem, był poruszany czy to w filmach, czy w książkach, ale mało jest pozycji, które zajmują się stresem pourazowym poniesionym w wyniku gwałtu.
Osoby bardzo różnie przeżywają gwałt. Bardzo często tracą coś, co możemy nazwać iskrą do życia. To są osoby pozostawione z ogromnym nadużyciem, z ogromnym barbarzyństwem, brakiem wsparcia i potwornym wstydem. Kobiety, które doznały gwałtu w różnych konfliktach, są niedostrzegane w tym, czego doświadczyły. Brak wysłuchania, brak świadkowania traumie, która się wydarzyła, prowadzi do trwałego urazu, który z mojej perspektywy jest możliwy do uleczenia, ale tylko w ramach głębokiej pracy terapeutycznej z osobą, która specjalizuje się w tym obszarze.
Czy to oznacza, że skrzywdzona w ten sposób osoba może wrócić do równowagi psychicznej?
A.F.: Może wrócić do takiego stanu, w którym da radę żyć. Pierwszym etapem pracy z traumą jest nazwanie tego, co się stało. Osoba, która doznała traumy w wyniku gwałtu, ma poczucie, że została zaatakowana, zawłaszczona, zdewaluowana. Natomiast w takich sytuacjach, w świecie zdominowanym przez reguły patriarchatu, bywa, że ta osoba zaczyna zadawać sobie pytania, czy zrobiła wszystko, by uniknąć sytuacji, która ją spotkała. Oprócz potwornego wstydu, rozpaczy, czarnej, głębokiej rozpaczy, pojawia się aspekt braku wysłuchania. Czasem dopiero pracujący z ludźmi w traumie psychologowie, psychoterapeuci czy lekarze psychiatrzy są pierwszymi osobami, które ofiarowują wysłuchanie. To pierwszy krok, który pozwala myśleć o rozpoczęciu procesu zdrowienia.
Kiedy mówisz „osoby”, pierwsze, co przychodzi mi do głowy, to „kobiety”. To one padają ofiarą gwałtów wojennych i o to, dlaczego tak się dzieje, zapytam Cię za chwilę. Ale korzystając z okoliczności, chciałbym Cię również zapytać o mężczyzn, którzy takiej formy przemocy doświadczyli. Co oznacza gwałt dla mężczyzny, jak mężczyźni sobie radzą z doświadczeniem gwałtu i czy radzą sobie w inny sposób niż kobiety?
A.F.: Gwałt na mężczyznach jest jeszcze bardziej ztabuizowany. Gwałty wojenne najczęściej dosięgają kobiet. Natomiast oczywiście, takie sytuacje spotykają również mężczyzn. Ale może odwrócę w pewnym sensie Twoje pytanie. Czy Ty słyszałeś w jakimkolwiek przekazie, nie w wyniku Twoich poszukiwań, dociekań, o gwałtach na mężczyznach?

Nie, wydaje mi się, że nie.
A.F.: No tak. Ja na takie informacje trafiłam w kontekście wojen, do których doszło w wyniku rozpadu Jugosławii i zbrodni w Srebrenicy. W europejskim kręgu kulturowym zgwałcony mężczyzna powiązany jest z głębokim zawstydzeniem spowodowanym samym faktem, że coś takiego go spotkało. Szczególnie gdy odwołamy się do patriarchalnych, przemocowych kręgów kulturowych, w których mężczyzna jest figurą dominującą, narzucającą prawa i warunki. Ten obraz stoi w wyraźnym kontraście z sytuacją, w której mężczyzna mówi o tym, że został zgwałcony. Jesteśmy zupełnie nieoswojeni z okolicznością, w której gwałt nie jest zbrodnią wojenną dotykającą wyłącznie kobiety, ale może też być doświadczeniem mężczyzny. Wyobrażam sobie, że skoro kobietom jest tak ciężko mówić o zadanym gwałcie, to w wypadku mężczyzn, z obawy przed całkowitą dewaluacją siebie, jest to jeszcze bardziej abstrakcyjne.
W dyskursie publicznym spotykamy się z przekonaniem, że to kobiety są gwałcone, a mężczyźni nie. W tym samym dyskursie gwałt okrywa kobietę wstydem. Czym okrywa mężczyznę, który staje się obiektem napaści innego mężczyzny?
A.F.: W kontekście gwałtu na mężczyźnie w ogóle nie widzę miejsca, w którym można o tym rozmawiać. O ile w przypadku przemocy seksualnej dokonanej na kobietach, dziewczynach, to miejsce zaczyna się tworzyć, choć idzie to opornie, to mężczyźni takiej przestrzeni nie mają. Mówię to również z perspektywy mojej pracy w gabinecie, kiedy pracuję z mężczyznami po gwałcie. Kobieta jest bardziej skłonna powiedzieć o gwałcie przyjaciółce lub innej bliskiej osobie. Mężczyźni milczą, a już niezwykle rzadko dzielą się tym doświadczeniem z innymi mężczyznami, na przykład kolegą lub przyjacielem. Towarzyszy im ogromne poczucie wstydu i brak możliwości opowiedzenia o tym. To nie tylko dotyczy czasów wojny, ale również czasu pokoju. W przypadku mężczyzn gwałt kojarzony jest raczej z określonym środowiskiem, np. placówek penitencjarnych.
Czy to będzie nadużycie, gdy z powyższego wyciągnę wniosek, że myślimy o gwałcie w kategoriach kary?
A.F.: Myślimy o nim jak o zemście, o podległości wobec silniejszych jednostek, które narzucają porządek w danym miejscu. Ponadto zauważam dużo mniejszą gotowość osób pracujących pomocowo do udzielania wsparcia mężczyznom doświadczającym gwałtu niż kobietom.
Myślisz, że w tym zestawieniu kluczowy jest kontekst? Czy osoby pracujące pomocowo chętniej udzielałyby mężczyznom wsparcia, gdyby doświadczali gwałtu w wyniku wojennej przemocy?
A.F.: Domyślnie, w naszym rozumieniu ofiara gwałtu to kobieta. I już samo to sprawia, że mężczyzna z traumą gwałtu wojennego po pomoc może sięgać rzadziej.
Jak rozumiem, sprawa sprowadza się do uznania, że taki akt, jak gwałt na mężczyźnie, jest w ogóle możliwy.
A.F.: Tak. To trochę też odzwierciedla sposób, w jaki mężczyźni, przynajmniej do nie dawna, radzili sobie z tym, czego nie mieszczą. Mam na myśli wejście w narkotyki, alkohol lub inny sposób, który pozwoli się „wyregulować”, aby można było żyć, funkcjonować. Aby można było życie znieść. Kiedy czytałam książkę Eda Vulliamy’ego „Umarła wojna, niech żyje wojna”, wpadłam na historię obozu koncentracyjnego w Omarskiej. Zdałam sobie sprawę, że w kontekście tematu, który poruszyłeś, a mianowicie przemocy seksualnej dokonywanej na mężczyznach w czasie wojny, nie mówi się o mężczyznach, którzy doświadczyli gwałtu w nazistowskich obozach na terenie Polski w czasie drugiej wojny światowej.
Chyba jedyną znaną mi pozycją na ten temat jest książka Hainza Hegera „Mężczyzna z różowym trójkątem”.
A.F.: Tak, ale zwróć uwagę, że jest to książka poświęcona mężczyznom homoseksualnym. Tymczasem mężczyźni heteroseksualni również doznają gwałtu. W latach 70. i 80. w Stanach Zjednoczonych przeprowadzano badania na weteranach wojny wietnamskiej w kontekście PTSD.
Wówczas nie było tam klimatu do opowiadania o męskich gwałtach, których żołnierze doznali w czasie wojny. Tym bardziej że amerykańscy weterani wracali z Wietnamu otoczeni nimbem bohaterstwa. Czy w takiej sytuacji ktoś odważyłby się mówić o swoim gwałcie? Ten temat był unikany nawet w grupach wsparcia dla weteranów wojny wietnamskiej. Można było mówić o swoich obrażeniach, ranach, związkach, małżeństwach, rodzinach, które się rozpadły podczas ich nieobecności w kraju lub po powrocie z wojny, ale nie można było opowiedzieć o gwałcie, którego się doświadczyło. To, co nie zostało wyrażone, opowiedziane, musiało mieć na mężczyzn wyjątkowo degradujący wpływ. W takiej sytuacji mężczyzna doznaje nie tylko niszczącego aktu, ale również głębokiej niepewności w kontekście wysłuchania i zrozumienia. Innymi słowy, w ten sposób odcina się go od możliwości wyjścia z matni tego doświadczenia, od potraumatycznego wzrostu. Czyli takiej iskry do życia, która pojawia się wtedy, gdy osoba jest wysłuchana, uznana, nieoceniana, nieretraumatyzowana i niezawstydzana, kiedy dochodzi do odbarczenia z poczucia winy i odium wstydu.
To, co mogłoby być wspierające w takiej sytuacji, to grupa wsparcia złożona z mężczyzn o takim samym doświadczeniu. Po to, aby stworzyć mikroprzestrzeń, w której każdy mógłby opowiedzieć co go spotkało w czasach odwróconych wartości, wojny, zagłady, po których następuje powrót do męskiego, patriarchalnego, strasznie normatywnego świata. To pokazuje również, jaka jest różnica między mężczyzną, który wraca z wojny z fizycznymi ranami, a tym, który doświadczył gwałtu, czego skutków nie widać. Pierwszy jest bohaterem, drugi nosi się z tym sam.
W przeszłości i współcześnie gwałt traktowany jest przez sprawców i ich mocodawców jak łup wojenny. Z czego wynika ta perspektywa i przyzwolenie na nią?
A.F.: Wiązałabym to z patriarchalnym przekazem, wyjątkowo niszczycielskim, który związany jest z symbolicznym przejęciem władzy nad wszystkim, co chce się zniszczyć. Agresja na jakieś terytorium nie wiąże się wyłącznie z zatykaniem flag na podbitym terenie, ale ze zniszczeniem wszystkiego, co stanowiło o tożsamości tego obszaru. Wszystkiego tego i wszystkich tych, którzy stanowili o charakterze najechanego miejsca.
Drugim zaś aspektem, który wydaje mi się istotny, jest totalna bezkarność, jaką odczuwają najeźdźcy. Gwałt jawi się jako element wojny, jako broń i metoda podporządkowania sobie zaatakowanej grupy, której towarzyszy niezwykła anonimowość sprzyjająca realizacji najbardziej skrywanych instynktów i upodobań. Gwałt to także narzędzie zastraszania, podporządkowywania, manipulacji, ale w przypadku kobiet może być też aktem ocalenia kogoś lub czegoś czy też karą za brak podporządkowania się. I jednocześnie jest narzędziem wspomagającym terror.
Jaki jest cel stosowania aktów przemocy seksualnej w czasie wojny?
A.F.: To jest przede wszystkim chęć zniszczenia drugiego człowieka. Przyzwolenie na jego bezgraniczną dewastację, z której nikt nie rozliczy agresora. Żołnierz może zostać surowo ukarany za niewykonanie rozkazu, ale rzadziej za gwałt na kilku kobietach. Dla mężczyzny, który dopuszcza się aktu gwałtu, to doświadczenie bycia w świecie, w którym pozostaje całkowicie niezagrożony, może poza śmiercią z rąk wroga. W związku z czym nie stawia sobie żadnych granic, nie hamuje się przed niczym. Pojawia się w nim poczucie omnipotencji.
Jaka jest różnica między sprawcami przemocy seksualnej, którzy dopuszczają się jej w czasach wojny, a tymi, którzy dopuszczają się jej w czasach pokoju?
A.F.: Może zacznę od tego, że dostrzegam tę różnicę, ponieważ to są dwa różne konteksty. Gwałt dokonywany w czasach pokoju na ogół dotyczy konkretnych osób. W związku z czym ma imię, ma twarz, ma historię, jest niezwykle poruszający. To zresztą można było zauważyć między innymi w reakcjach czytelników, którzy komentowali w mediach społecznościowych sprawę zabójstwa Lizy [Dożywocie za gwałt i zabójstwo Lizy w centrum Warszawy]. Reagowali głęboko, emocjonalnie, identyfikowali się z ofiarą i jej bliskimi. Dodam jeszcze, że w przypadku gwałtu dokonywanego w czasie pokoju, kontekst również ma znaczenie. Sprawa Lizy wywołała ogromną złość, włącznie z wezwaniami do samosądu. Do zdarzenia doszło w centrum europejskiej stolicy, która jest monitorowana i wydaje się relatywnie bezpieczna. W kraju, w którym „szacunek i rzekoma ochrona kobiety” są wynoszone na sztandary i jednocześnie weryfikowane aktem bezwzględnej i okrutnej zbrodni.
Z kolei gdy myślimy o osobach, które doświadczyły gwałtu w czasie wojny, to mam wrażenie, że wówczas traktujemy to przestępstwo w kategoriach generalnego zjawiska. Taką postawą nieumyślnie „normalizujemy” myśl, że gwałt jest częścią wojny. Wówczas tracimy z oczu konkretne osoby z imionami, twarzami i historiami, przestajemy o nich myśleć w takich kategoriach.
Dlaczego to robimy?
A.F.: W moim mniemaniu wynika to z tego, że traktujemy gwałt jako jeden z nieodzownych elementów wojny. Owszem, budzi się w nas złość, współczucie, gdy poznajemy szczegóły gwałtów, do jakich doszło w Buczy, w państwach byłej Jugosławii czy gdy poznajemy dzięki mediom twarze porwanych dziewczyn przez Boko Haram. Natomiast jest to inny rodzaj społecznego przeżywania tych okrutnych sytuacji, właśnie z powodu wojny i ekstremów, z jakimi się ona wiąże.
Czy przeżywamy tragedię tych ludzi w inny sposób m.in. ze względu na ich anonimowość, masowość zdarzeń i wojenne okoliczności zakładające zadawanie krzywdy, brutalność, rewanż i czy wszystko to sankcjonuje gwałt w naszej świadomości jako element gry?
A.F.: Tak, niestety, jest to element gry, który budzi w nas poczucie niezgody. Ale do momentu, kiedy nie znamy “ofiar”, to trudniej nam się z tymi tragediami identyfikować, bo rozpatrujemy je jako okrutne wydarzenie, a nie konkretną historię, która dotknęła konkretne osoby.
A nie masz wrażenia, że dostęp do tragedii relacjonowanych online spłyca przemoc, normalizuje i relatywizuje ją, sprawiając, że staje się ona immanentną częścią naszego życia, przez co stajemy się na nią mniej czuli?
A.F.: Tak, takie mam wrażenie.
Do czego to prowadzi?
A.F.: Do tego, że przestajemy współodczuwać. Jednocześnie nie zakwalifikowałabym tego jako zjawiska jednoznacznie negatywnego. Kiedy codziennie słyszymy, ile nieszczęścia niesie ze sobą wojna w Ukrainie, kiedy serwisy informacyjne w dowolnym języku donoszą o kolejnych śmierciach, katastrofach, niegodziwościach, o fatalnych skutkach kryzysu klimatycznego, to w pewnym momencie brakuje nam przestrzeni, by to wszystko pomieścić, współodczuwać i reagować z empatią, na jaką ludzie zaangażowani w te sytuacje zasługują. Innymi słowy, zaczynamy się chronić. Ogrom zadań, którym na co dzień stawiamy czoła oraz obowiązki, które mamy, nasze życie, które musimy „obsłużyć”, czyni nas selektywnymi wobec historii i zdarzeń, które zdobywają naszą uwagę i przemawiają do naszych emocji.
Wszystko po to, by nie paść pod ciężarem tych informacji.
A.F.: Zgadza się. Różnie sobie z tym radzimy. Przekaz medialny, polaryzacja, a przez to perspektywa przedstawiania poszczególnych wydarzeń też mają ogromny wpływ na naszą postawę. Nieustanny zalew tragedii obciąża nas koniecznością zawiadywania ruchem informacyjnym w taki sposób, żeby jego ciężar jakoś udźwignąć. Ale właśnie jeszcze jedna myśl przyszła mi do głowy w kontekście Twojego pytania dotyczącego rozróżnienia gwałtu w czasach pokoju i toczącej się wojny.
Oczywiście, wróćmy do tego pytania.
A.F.: Gwałtom wojennym towarzyszy duża anonimowość. Ich sprawcy nie mają nazwisk. Kiedy myślimy o zbrodniach wojennych w byłej Jugosławii i odpowiedzialności za popełnione czyny, to pojawiają się w naszej świadomości takie nazwiska jak Milošević, Karadžić czy Mladić. Ale gwałtów w wojnach towarzyszących rozpadowi byłej Jugosławii dopuszczało się mnóstwo mężczyzn, którzy nie zostali osądzeni! Ponadto muszę podkreślić również niechlubną rolę holenderskich żołnierzy, którzy w Srebrenicy mieli bronić muzułmańskiej enklawy, a tymczasem biernie przyglądali się, jak na ich oczach dochodzi do gwałtów i morderstw dokonywanych przez oddziały gen. Mladicia. Mamy więc do czynienia z sytuacją, w której ci, którzy jadą pilnować porządku, zamieniają się w niemych asystentów oprawców.
Gwałt w czasie pokoju jest aktem potępianym i ściganym. Szansa zaś na uniknięcie odpowiedzialności jest zdecydowanie mniejsza niż w warunkach działań wojennych. Ponadto gwałty wojenne często mają charakter zorganizowany i wiążą się z przyzwoleniem na nie, a nawet przymusem, by się ich dopuszczać. Żołnierz w armii nie jest rozpatrywany w kategoriach jednostki, lecz masy. Armie czy oddziały paramilitarne działają w oparciu o dyscyplinę i masowość w realizacji zadań.
I jeszcze jedno. Kiedy do gwałtu dochodzi w czasach pokoju, wówczas traktujemy sprawcę jak jednostkę zaburzoną, znajdującą się w głębokiej psychopatologii, której motywy można poznać. W przypadku gwałtów wojennych zbadanie motywów działania jest utrudnione i na ogół sprowadza się do kwestii wykonania rozkazu czy folgowania swojemu okrucieństwu. Wówczas w percepcji czynu gwałt ubieramy w rozkaz, który staje się narzędziem: „zabijać, palić, bombardować, gwałcić!” Koniec. Nie ma miejsca na obiekcje, na zdania odrębne, na wahania. Niesubordynacja może kosztować życie.

Powiedziałaś, że gwałty w czasie wojny często mają rys zorganizowanej akcji. I do tego typu zbrodni dochodziło w czasie wojny w Bośni i Hercegowinie. Dodałbym, że gwałty miały charakter indywidualny i grupowy, dotykały zarówno dojrzałych kobiet, jak i dzieci. Jednym z najbrutalniejszych przykładów bestialstwa był obóz gwałtu w hotelu SPA Vilina Vlas w Višegradzie. Christina Lamb w swojej książce „Nasze ciała, ich pole bitwy” wskazuje, że to właśnie tam bośniaccy Serbowie przetrzymywali muzułmańskie kobiety i dziewczęta. Gwałcono je tam przez całe noce, codziennie, aż do obłędu, a czasem samobójstwa – wyskakiwały przez oszklone balkony. Zdaniem Bakiry [Hasečić], spośród dwustu więzionych tam kobiet przeżyło może tylko dziesięć czy jedenaście. Jak w ogóle można wrócić do życia po czymś takim?
A.F.: Zacznę od tego, że te kobiety, które zdołały przetrwać gwałty w Višegradzie, podobnie jak ofiary tortur czy obozów koncentracyjnych, żyją dalej. W tej chwili zdecydowanie więcej wiemy o traumie oraz o tym, jak ją leczyć i jak wspierać osoby, które przez nią przeszły. Każda z osób, która przetrwała to piekło, mogłaby powiedzieć, co to jest za życie i jakie jest życie przetrwańca. W tym miejscu pojawia się pytanie, co w tym przypadku kryje się pod pojęciem życia? Czy to jest trwanie, ściśle związane z procesami fizjologicznymi, mechaniczne funkcjonowanie związane z rytualnym odprawianiem porządku dnia, a może radość płynąca z tego, że człowiek żyje? I z tym jest bardzo różnie. Wszystko zależy od rodzaju i stopnia wsparcia osób, które doświadczyły traumy.
W tym miejscu znów wracamy do kwestii, którą poruszyłeś wcześniej. Kiedy dochodzi do gwałtu w warunkach pokoju, wówczas osoba, która go doświadcza oraz jej bliscy otrzymują pomoc psychologiczną. Oczywiście, ona bywa daleka od ideału, ale jest się na czym oprzeć. Tymczasem kobiety, które przeżyły koszmar hotelu SPA Vilina Vlas, oprócz traumy gwałtu, doświadczały również traumy utraty bliskich, niepewności swojego losu i zawalenia się ich dotychczasowego świata. W ich przypadku mamy do czynienia z wielowarstwową, niezwykle złożoną traumą i brakiem możliwości wsparcia w zakresie pomocy psychologicznej w czasie, gdy dochodzi do załamania struktur dotychczasowego życia lub bezpośrednio po nim. Myślę, że kobiety, które przetrwały kaźnię Vilina Vlas, doświadczyły czegoś tak niszczącego, że… skutki być może są do złagodzenia, ale nie ośmieliłabym się powiedzieć, że nawet po kilkunastu latach terapii byłyby w stanie wrócić do stanu, który konwencjonalnie nazywamy „normalnością”.
Paradoksalnie, osoby, które spotkało takie niszczące doświadczenie, najlepiej czują się pośród osób, które przeżyły coś podobnego. Na przykład ludziom, którzy przetrwali obozy koncentracyjne podczas drugiej wojny światowej, trudno było funkcjonować w powojennej rzeczywistości z ludźmi nieposiadającymi tożsamego doświadczenia. W tym miejscu chcę przywołać ważną dla mnie postać, profesora Antoniego Kępińskiego, krakowskiego psychiatry, dawnego więźnia obozu koncentracyjnego w Mauthausen-Gusen, który w latach 50. i 60. wraz ze swoją współpracownicą, profesor psychiatrii Marią Orwid zajęli się problemem traumy oświęcimskiej, tworząc grupy wsparcia dla osób po doświadczeniu obozu koncentracyjnego. Uczestnicy spotkań podkreślali, że to jedyne miejsce, gdzie czują, że są widziani, rozumiani i mają poczucie, że osoby, które ich otaczają, rozumieją, z czym oni żyją.
Dlatego uważam, że pomocne dla osób z takim doświadczeniem jak przetrwanki z Vilina Vlas byłoby wysoce specjalistyczne wsparcie psychologiczne odpowiadające ich potrzebom, oferowane przez specjalistów mających doświadczenie w pracy z tak głębokimi i złożonymi traumami.
Wygląda na to, że bez względu na stopień wsparcia, osoby doświadczające gwałtu już na zawsze pozostają z tym niechcianym bagażem i determinuje on ich funkcjonowanie w społeczeństwie.
A.F.: To istotne, co powiedziałeś. Nie da rady wyciągnąć takiego doświadczenia z człowieka. Takie doświadczenie na zawsze pozostaje w jego osobistym polu. Oczywiście, w ramach różnych działań pomocowych może być ono obejrzane i nazwane. Można pomóc tym osobom przejść od pola wojennego do pola powojennego tak, żeby zachować ciągłość życia.
Istotne jest nie tylko wsparcie wysoko wykwalifikowanych specjalistów czy grup terapeutycznych, ale równie ważne jest, co dana grupa społeczna, etniczna czy dany naród zrobi z doświadczeniem przetrwańców. Choćby w zakresie podtrzymywania stygmatyzacji i zmowy milczenia wobec przeżytej traumy. Bo o ile sprawy gwałtów w warunkach wojennych, które w lwiej części dotyczą kobiet, przemilcza się, o tyle głośno opiewa się bohaterstwo mężczyzn, obrońców. O gwałtach w zasadzie nie rozmawiamy.
Zarysowałaś niesamowitą oś. Mówimy heroizm, myślimy mężczyzna, mówimy upodlenie, myślimy kobieta. Dlaczego narracja związana z wojną i rolami, które ludzie w niej odgrywają, jest skonstruowana w ten właśnie sposób?
A.F.: W Twoim pytaniu zawarta jest odpowiedź. Ta narracja jest owocem kultury patriarchalnej. Zatrzymajmy się na moment przy naszej historii. Zwróć uwagę, ile zachodu i emocji wymaga uznanie, że w powstaniu warszawskim na barykadach obok mężczyzn walczyły również kobiety. Że to nie były wyłącznie łączniczki czy sanitariuszki, a kobiety aktywnie biorące udział w powstaniu, które nie pełniły wyłącznie ról służebnych. Dopiero Muzeum Powstania Warszawskiego pozwoliło nieco zmienić perspektywę na rolę kobiet w powstaniu.
Wracając do sedna Twojego pytania: wojna jest męskością, a gwałt na kobiecie to emanacja patologicznie rozumianej męskości. Za sprawą tego aktu przemocy wymierzany jest cios grupie, której ta kobieta jest częścią. W kulturze patriarchalnej kobieta jest symbolem domu, troski, ciepła i centrum życia rodzinnego. Daje życie i się nim opiekuje. Kiedy więc unicestwia się kobietę, unicestwia się jej naród.
Będąc przy kwestii próby unicestwienia narodu, chciałbym wrócić jeszcze do jednego z tematów dotyczących wojny w byłej Jugosławii. Do Międzynarodowego Trybunału Karnego dla byłej Jugosławii w Hadze wpłynęły doniesienia o ponad 200 tysięcach gwałtów. Tymczasem ufając danym przedstawionym w książce Christiny Lamb, zaledwie (…) siedemdziesiąt osiem spośród stu sześćdziesięciu jeden osób z listy oskarżono o przemoc seksualną. Ponad połowa wyroków skazujących obejmowała odpowiedzialność za ten rodzaj przemocy. Czy mimo tak znikomej liczby skazanych ukaranie sprawców mogło w jakikolwiek sposób pomóc przetrwańcom?
A.F.: Różnym osobom w różnym stopniu. Ukaranie sprawców może być pomocne w domykaniu tego doświadczenia, bo przywraca przetrwańcom elementarne poczucie sprawiedliwości. Krzywda zostaje osądzona, a opresor skazany. To niezwykle ważne, ponieważ jednym z utrudnień w zdrowieniu i powrocie do życia jest sytuacja, w której popełniona zbrodnia nie ma sprawcy, a co za tym idzie nie dochodzi do jej potępienia. Osoby, które doświadczyły gwałtu, muszą zmierzyć się z budowaniem poczucia swojego bezpieczeństwa i wartości od nowa, a także zbudować świadomość, że to, co się stało, nie definiuje reszty ich życia. To zdarzenie jest czymś, co ich dotknęło, czemu nie zawinili i nie mogli zapobiec, co znieśli w określony sposób. Skazanie sprawcy zyskuje zatem wymiar elementarnego poczucia sprawiedliwości, ale w żaden sposób nie można o tym myśleć w kategoriach zadośćuczynienia. Nawet jeśli sprawca zostaje skazany, nie oznacza to, że rachunki można uznać za wyrównane. One nigdy nie będą wyrównane. Ponieważ skazanie w żadnej mierze nie jest w stanie przywrócić godności zgwałconej osobie. To jest po prostu niemożliwe.
Skazanie sprawcy może być uznaniem, że doświadczenie gwałtu jest godne potępienia, jest nieludzkie i nie ma na taki proceder społecznej zgody. To nie zawsze jest proste nawet w czasach pokoju, m.in. ze względu na zjawisko wiktymizacji ofiary. Mam na myśli choćby taką sytuację, w której zaczynamy się zastanawiać się, czym ta osoba się przyczyniła, że doszło do gwałtu. To jest okrutne, ale bardzo głęboko osadzone w nas. Zauważ proszę, że kiedy czytamy o napaściach seksualnych w czasie pokoju, nadal pojawiają się, nawet niewypowiedziane głośno, pytania o to, jak osoba była ubrana, gdzie się znajdowała, czy była tam sama, dlaczego nie krzyczała, co zrobiła lekkomyślnego, że doszło do gwałtu. Zauważ również, że do niedawna gwałt traktowany był jako przemoc obcego mężczyzny (przestępcy) na nieznanej sobie kobiecie. Wiktmizacja ofiary to także nieuznanie jej krzywdy, kiedy do gwałtu dochodzi w rodzinie, małżeństwie, miejscu pracy lub dopuszcza się go ktoś, z kim osoba dobrowolnie się spotykała. Dziś służby policyjne są szkolone, zmieniamy definicję gwałtu, ale nadal silne jest przekonanie, że gwałtu można w jakiś sposób uniknąć.
Wróćmy na chwilę do Twojego stwierdzenia, które bardzo mnie poruszyło. Mianowicie powiedziałaś, że kiedy unicestwia się kobietę, unicestwia się naród, którego jest częścią.
A.F.: Symbolicznie!
Tak, oczywiście, mówimy o sferze symbolicznej. Kontynuując, chciałbym się dowiedzieć, jaki wpływ na społeczeństwo mają gwałty i przemoc seksualna dokonywane w czasach wojny? Mam na myśli zarówno osoby, które przetrwały okrucieństwa wojny, jak i następujące po nich pokolenia.
A.F.: To zależy, co to społeczeństwo robi z przeżytą traumą. Wszystko to, co jest nieopowiedziane, nieomówione, nieobejrzane kolektywnie, jest transmitowane dalej. Nawet jeśli w dyskursie publicznym nie pojawia się temat traumy wojennej, to kolejne pokolenia i tak będą nią przesiąknięte. Zwróć uwagę, że po zakończeniu drugiej wojny światowej część osób narodowości żydowskiej zaczęło ukrywać swoje pochodzenie. Część z nich odeszła od praktykowania religii i żyła w bardzo zeświecczony sposób, żeby nie przekazywać dzieciom kultury, która tak bardzo ich wyodrębniała, naznaczała.
A więc ważne jest, aby kolektywnie uzdrowić to, co daną grupę kolektywnie zniszczyło, bo to jest wspólne doświadczenie. Kontynuując na przykładzie osób, które przetrwały drugą wojnę światową: jedni przeszli przez obozy koncentracyjne, inni przez roboty przymusowe, jeszcze inni zostali wcieleni siłą do armii wroga – każdy jednak to doświadczenie wojenne przeżył na swój sposób. Zresztą wystarczy, że człowiek bezpośrednio doświadcza grozy wojny, oddycha jej niepewnością, spakowany i oczekujący na nieznany nikomu bieg wydarzeń, potencjalną ewakuację, zachwianie poczucia bezpieczeństwa i ciągłości historii – to wszystko odciska swoje piętno.
Czy w takim razie ludzie przepracowują swoje traumy? Zobacz, że tam, gdzie kończą się wojny, otwiera się wielki rynek inwestycji. Wszystko to, co zostało zniszczone, trzeba odbudować, zwłaszcza jeśli dotyczy to Europy lub terenów, w których infrastruktura była wcześniej obecna. Wchodzą inwestorzy i tworzy się nowa powojenna rzeczywistość, a aspekty psychiczne związane z traumatycznymi doświadczeniami wojny pozostają całkowicie na marginesie.
Nie widzę przeciwskazań, aby pieniądze inwestować dwutorowo – w odbudowę zniszczeń wojennych i w działania wspierające zdrowie psychiczne zarówno dzieci, jak i dorosłych. Chodzi o kolektywne nazywanie tego doświadczenia i leczenia jego rezultatów.
Zatrzymam się na chwilę przy kwestii inwestycji, o których wspomniałaś. Czy to jest według Ciebie jakaś strategia przetrwania stosowaną przez osoby, które przetrwały wojnę? A może stosują one też inne strategie pozwalające im wejść w życie na nowo?
A.F.: Inwestycje, o których wspomniałam, to pierwszy namacalny dowód na to, że coś znów zaczyna działać. Innymi słowy, że życie wraca do tak zwanej normy. Ale jeśli chodzi o wybierane strategie, to mogę powiedzieć, że ludzie wybierają… różne. Natomiast stosowanie „grubej kreski” to strategia, która jest wykorzystywana przez władze w okresie powojennym, kiedy kształtuje się nowy ład i otwiera się okazja, by stworzyć nową narrację.
Choć wiem, że nie zdołamy zgłębić tego tematu w tak multiaspektowej rozmowie, to chcę Cię zapytać o zespół stresu pourazowego, którego doświadczają osoby w wyniku gwałtu w czasie działań wojennych. Czy PTSD jest wyłącznie udziałem ofiar aktów przemocy seksualnej czy może również jej świadków?
A.F.: Jak najbardziej, PTSD dotyka również osoby będące świadkami przemocy. Bardzo ważne jest dla mnie podkreślenie, że objawy stresu pourazowego to również odczucie bezsilności, bezradności lub poczucie winy, jeśli świadek traumatyzującej sytuacji nie był w stanie jej zapobiec, przerwać lub pomóc ofierze. Osoby te również powinny być objęte pomocą psychologiczną i terapeutyczną, która pozwoli im uporać się z objawami PTSD. Dziś to wiemy. Kiedy dzieją się dramatyczne sytuacje, jak choćby klęski żywiołowe, ataki terrorystyczne lub wypadki, w wyniku których giną lub cierpią ludzie, na miejsce kierowane są grupy psychologów podejmujących odpowiednie interwencje, mogących złagodzić następstwa takich doświadczeń.
Potrzebuję też dodać, że sytuacja, w jakiej obecnie żyjemy – determinowana toczącymi się wojnami czy postępującą katastrofą klimatyczną, powoduje spadek poczucia bezpieczeństwa. Ze względu na bieżący przekaz medialny i scrollowanie serwisów informacyjnych jesteśmy w dużo większym stopniu niż wcześniejsze pokolenia świadkami tego, co dzieje się w innych krajach. Choć nie wprost, to na tę dawkę informacji reaguje nasze ciało, system nerwowy…. Trudno wyobrazić sobie w pierwszej chwili, że to może być również traumatyzujące. Tymczasem wiele prac napisano o traumie transgeneracyjnej. Nasi pradziadkowie, dziadkowie bądź rodzice, opowiadając o doświadczeniach wojennych w rodzinach – o pobytach krewnych w obozach czy na frontach drugiej wojny światowej, również wpływali w jakiś sposób na nasze poczucie bezpieczeństwa. Bardzo klarownie pisze o tym Michał Bilewicz w książce „Traumaland”.
Skoro już jesteśmy przy literaturze, to i ja chciałbym się odwołać do jednej pozycji, która odnosi się m.in. do traumy transgeneracyjnej. We wprowadzeniu do książki Wiolii Rebeckiej „Rape: A History of Shame. Diary of the Survivors” prof. dr hab. Katarzyna Schrier z Uniwersytetu Warszawskiego pisze, że gwałt jest zapisany w umyśle i ciele ofiary oraz jej córek i wnuczek. Jak radzić sobie z wielopokoleniową traumą? W jaki sposób dźwigać los, który się odziedziczyło?
A.F.: Bardzo często takie historie są w rodzinach owiane milczeniem i tajemnicą. Czy to oznacza, że wnuczki nie są dotknięte traumą swoich babek? Otóż warto powiedzieć, że dziedzictwo traumy przekazywane jest nie tylko w sposób werbalny. Może być zakodowane we wzorcach relacyjnych oraz sposobach zachowania, które wskazują na przeżycie traumatyzującego doświadczenia w przeszłości. A ponadto też w mitach i przekazach rodzinnych dotyczących życia, które słyszą kolejne pokolenia. Uczestniczyłam w grupie dyskusyjnej wokół książki „Chłopki” Joanny Kuciel-Frydryszak z osobami, które dzięki niej zaczęły zgłębiać swoje korzenie. Czytając o doświadczeniach innych, zupełnie nieznanych sobie kobiet, zaczynały przypuszczać lub rozumieć, z jakiego powodu w ich rodzinach przekazywano sobie „prawdy” na temat życia i relacji. Nasycone brakiem zaufania do „innych”, „obcych” lub w ogóle do szeroko pojętych „ludzi”, co mogło być powiązane z bezpośrednim doświadczeniem kobiet minionych pokoleń.
Anne Ancelin Schützenberger, francuska psycholożka i psychoterapeutka, w swojej książce wydanej również po polsku „Tajemnice przodków. Ukryty przekaz rodzinny” podejmuje temat dziedziczonej i nienazwanej traumy międzypokoleniowej. Dlaczego o niej wspominam? Ponieważ chcę nawiązać do informacji, która może mieć istotny wpływ na rozumienie tego procesu. Dziś wiemy, jak wiele czynników w ciele osoby w ciąży wpływa na płód. Nie tylko sposób odżywiania i opieki medycznej podczas ciąży, ale również to, co ona w tym czasie przeżywa i czego doświadcza. U żeńskiego płodu w okolicach 15-17 tygodnia w jajnikach pojawiają się komórki jajowe, czyli jest to moment, w którym kobieta, będąc w ciąży z córką, jest połączona z materiałem genetycznym, z którego w przyszłości może narodzić się jej wnuczka lub wnuk. Trudno jest nie uwzględniać tego w pracy wokół przekazów międzypokoleniowych. Są osoby pracujące terapeutycznie, które właśnie w takim obszarze się specjalizują.
Moja znajoma ostatnio dowiedziała się o zatajonym przez jej dziadków przekazie o ich korzeniach żydowskich. To nie jest zwykła informacja, ponieważ bycie przedstawicielem różnych narodowości czy grup etnicznych niesie ze sobą konkretne doświadczenia i przekazy. Z jakiegoś powodu tę informację wcześniej zatajono – część rodzin żydowskich po II wojnie światowej zdecydowała się chronić swoje dzieci i wnuki przed traumatyzacją, starała się wtopić w społeczeństwa, w których żyli po holokauście i jak najbardziej stać się niewidocznymi. Odkrywanie tego wątku bywa niezwykle transformujące i wpływające na zrozumienie siebie i swojej historii. Osoby dziedziczące traumę jak najbardziej mogą znaleźć pomoc u terapeutów pracujących w tym obszarze. Dotyczy to nie tylko bezpośrednich świadków przemocy w ramach obecnie toczących się wojen lub klęsk. Mogą pracować wokół tego, co wydarzyło się w strukturach rodzinnych na długo przed ich przyjściem na świat.
Mnóstwo przestrzeni w tej rozmowie poświęciliśmy kobietom i bardzo słusznie. Jednak jest ktoś jeszcze, o kogo w sytuacji gwałtu wojennego nikt się nie upomina, choć doświadczenia i emocje tych osób nie są w żadnej mierze mniej ważne. Jakie szanse na życie bez społecznego i psychologicznego piętna mają dzieci, które są owocem wojennego gwałtu?
A.F.: Chciałabym wyjść od tego, że kobieta, która urodzi dziecko w wyniku gwałtu powinna w idealnym świecie zostać zaopiekowana terapeutycznie. Doświadczenie gwałtu może wpłynąć na relację matki z dzieckiem. Trzeba wziąć pod uwagę, że fakt bycia matką po doznaniu traumy seksualnej jest niezwykle trudnym przeżyciem, wpływającym na doświadczanie „tu i teraz”, nawet jeśli dotyczy to wydarzenia sprzed lat. Można oczywiście powiedzieć, że kobiety w różnych wojnach były ofiarami gwałtów, a ich dzieci rodziły się i dorastały. To mnie jednak zawraca do tego, o czym rozmawialiśmy wcześniej, że gwałt wojenny nie był i nie jest traktowany tak jak rany odniesione przez żołnierzy czy też śmierć na froncie. Jest nadal tematem nie-do-opowiedzianym, ujętym w jakieś terminy, które nie pozwalają dostrzec cierpienia konkretnych kobiet i dziewczyn. Wiemy, ilu żołnierzy zginęło, ilu wzięto do niewoli. Liczba zgwałconych kobiet nigdy nie była i nie będzie znana. Historie wojenne pokazują, że dziecko z gwałtu wojennego jest „dzieckiem wroga”. Może być to powiązane ze stygmatyzacją i matki, i dziecka, wykluczeniem i naznaczeniem. Jest to kolejna retraumatyzacja kobiety, co dla mnie jest warte podkreślenia, może to być proces permanentny, stały, bez końca, co dodatkowo stygmatyzuje i utrudnia wychodzenie z traumy.
Choć wyzwania są ogromne, nie oznacza to, że dzieci te są skazane na życie w cierpieniu. Szanse na normalne życie rosną, jeśli matka i dziecko otrzymają wsparcie psychologiczne i społeczne. Jeśli społeczność wykazuje otwartość i przeciwdziała stygmatyzacji, jeśli będzie miała miejsce pomoc instytucjonalna, która zaczyna się od potępienia zbrodni, a nie jej ukrywania. I dobrze gdyby gwałt nie był wrzucany do jednego worka z napisem „zbrodnie wojenne”, tylko był nazwany jako odrębna zbrodnia przeciwko kobietom.
Na sam koniec zapytam naiwnie. Czy gwałty podczas wojny są nieuniknione?
A.F.: Są do uniknięcia, ale żadna wojna do tej pory nie była od nich wolna. Wracam również do tego, co powiedziałam wcześniej, wyjaśniając, jak traktowane są gwałty wojenne. To jedna ze strategii terroru, zastraszania i zawłaszczania zaatakowanych społeczności. To jest potworny przejaw dominacji nad kobietami podbijanego czy zaatakowanego kraju. Odbywa się za wiedzą dowództw agresorów i jest jedną z metod, które są akceptowane przez nie w warunkach wojny.
Agnieszka Frączek jest terapeutą Gestalt, trenerem w Wielkopolskiej Szkole Psychoterapii Gestalt w Poznaniu. Prowadzi terapię osób dorosłych. Bliski jest jej temat kolektywnej traumy jako doświadczenia odciskającego piętno na społecznościach, grupach oraz rozmaitych mniejszościach.
Komentarze